top of page
PSYCHOTERAPIA
Kiedy życie stawia nas na rozdrożu: o sztuce świadomego wyboru
Mam przyjaciela, który ma piękny zwyczaj: o rzeczach trudnych zawsze mówi jak o przygodach.
To on kiedyś powiedział mi, że życie przypomina trochę historię Koziołka Matołka – wszystko,
co nas spotyka, można przeżyć albo jako dramat, albo jako wyprawę w nieznane. I właśnie w
tym duchu chcę opowiedzieć o jednej z najważniejszych przygód naszego życia: o przygodzie z
wyborem.
Bardzo często, gdy stajemy na rozdrożu, mówimy: „mam problem z wyborem”. Już w tym
jednym zdaniu zawiera się cała nasza relacja do tej sytuacji. Skoro to „problem”, to znaczy, że
coś jest nie tak. Coś niewygodnego. Coś, czego chcemy się jak najszybciej pozbyć. Coś, co
przeszkadza żyć.
A przecież sam fakt, że stoimy wobec więcej niż jednej drogi, oznacza, że życie właśnie się w
nas poruszyło i obdarzyło nas różnymi możliwościami.
Zwykle jednak zamiast ciekawości pojawia się napięcie. Najpierw subtelne: „dlaczego ja nie
wiem?”. Potem przychodzi poczucie winy: „powinnam wiedzieć”. A gdy to trwa dłużej – rodzi się
złość na siebie, frustracja, zmęczenie. Nasz wewnętrzny przymus zaczyna szeptać: „niech to
się już wreszcie skończy”, „niech ktoś za mnie zdecyduje”, „niech cokolwiek się stanie”.
I bardzo często dokładnie to się dzieje.
Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nagle wybucha kłótnia. Nagle wydarza się coś
„przypadkowego”. Nagle świat stawia nas pod ścianą. Związek się rozpada. Tracimy pracę.
Drzwi się zamykają. Jedna z opcji znika.
I wtedy możemy powiedzieć: „no cóż, życie zdecydowało”.
Ale prawda jest bardziej subtelna: to my oddaliśmy decyzyjność światu.
Kiedy rezygnujemy z własnej sprawczości
Gdy napięcie bycia „pomiędzy” staje się zbyt duże, psychika często wybiera ucieczkę. Jeśli nie
potrafię znieść niepewności, wolę, żeby coś się stało – nawet jeśli to będzie bolesne. To bardzo
stary mechanizm: lepsze jest znane cierpienie niż to, co nieznane.
Tak dzieje się w związkach, w pracy, w decyzjach życiowych. Ktoś nie wie, czy chce zostać, czy
odejść – więc zaczyna prowokować konflikt. Ktoś nie wie, czy zmienić życie – więc
„przypadkiem” wszystko zaczyna się sypać.
Można powiedzieć, że wtedy jakiś „duch świata” przejmuje ster. Duch, który wydaje się
nieustępliwy, z którym nie da się negocjować. Ale w pewnym sensie ten duch to także my sami
– tylko odłączeni od własnej sprawczości. To my krzyczymy do siebie: „przestań wybierać”, „już
wybierz”, „zrób to za mnie”, „niech to się wreszcie skończy”.
Iluzja winy
Jednym z najbardziej niszczących elementów tego procesu jest poczucie winy.
„Jak mogę kochać dwie osoby?”
„Jak mogę chcieć dwóch różnych rzeczy?”
„Co ze mną jest nie tak?”
A przecież miłość, zdolność kochania, poruszenie serca – to nie jest dowód zepsucia. To jest
dowód życia. To jest dowód wrażliwości, zdolności do więzi, do głębokiego reagowania na
świat. Nawet jeśli kochamy dwie osoby, nie ma w tym nic z gruntu złego. To nie jest coś, co
sobie wymyślamy. To jest coś, co nam się przydarza. Coś, czego doświadczamy.
Nie możemy sobie tego po prostu „zabić”. Nie możemy tego wyłączyć jak przełącznika. Możemy
próbować to zrozumieć. Możemy się temu przyglądać. Możemy być szczerzy ze sobą i z
innymi. Ale nikt nie może nas zamknąć na to, co czujemy – nawet my sami.
Obwinianie się za coś, co i tak jest trudne, jest jak karanie się za kolor oczu. Dokładamy sobie
drugi ciężar: najpierw cierpienie związane z samą sytuacją, a potem cierpienie z powodu
poczucia winy. Jakby samo życie nie było już wystarczająco wymagające – jeszcze dokładamy
sobie sąd, oskarżenie i wewnętrzny wyrok.
A do tego dochodzi jeszcze jedno: nikt nas nie nauczył, jak być w procesie, który jeszcze się nie
rozstrzygnął. Nikt nam nie powiedział, że to jest w porządku nie wiedzieć. Że czasem trzeba
poczekać. Że są momenty, w których życie nie chce od nas szybkiej odpowiedzi, tylko dojrzenia.
Zamiast tego słyszeliśmy: „jak możesz nie wiedzieć?”, „powinnaś już dawno wiedzieć”.
A przecież to jest właśnie ten moment, w którym świat – gdyby był mądrym nauczycielem –
powinien powiedzieć coś zupełnie innego:
„Przywołaj wszystkie swoje zasoby.
Przywołaj całego siebie.
Przywołaj całą swoją wrażliwość, doświadczenie i mądrość – i pozwól, żeby przyszła też
mądrość większa niż ty.”
Bo dojrzały wybór to nie jest coś, co robi samotne, przestraszone ego pod presją czasu. To jest
proces, w którym zbiera się całe życie, całe doświadczenie, cała świadomość – i dopiero wtedy
coś zaczyna się klarować.
W zdrowym świecie wybór nie jest karą. Nie jest krzykiem. Nie jest przymusem. Nie jest czymś,
czym świat nas bije po głowie.
W zdrowym świecie wybór jest momentem, w którym świat nam pomaga wybierać – a nie
wybiera za nas.
Odwrócenie perspektywy
A gdyby zamiast nazywać to „problemem z wyborem”, nazwać to:
momentem inicjacji?
momentem transformacji?
momentem, w którym stare „ja” przestaje wystarczać, a nowe jeszcze się nie narodziło?
To jest święty moment zawieszenia. Moment, w którym coś w nas chce się przeorganizować.
I zamiast przyspieszać, wymuszać i uciekać – można się zatrzymać. Zrobić stop-klatkę. I
zapytać:
„Co ta sytuacja chce mi o mnie powiedzieć?”
„Kim muszę się stać, żeby ten wybór stał się naturalny, dobry i uczciwy wobec mnie i innych?”
Dlatego tak ważne jest, żeby uczyć się zauważać sam moment pojawienia się wyboru. Bo
właśnie wtedy najczęściej uruchamia się lęk – a za nim automatyczne mechanizmy ucieczki.
Czasem jest to niechęć do konfrontacji. Czasem założenie z góry, że skoro jest wybór, to na
pewno będzie strata, ból albo coś złego.
Pierwszym krokiem jest złapać to i zacząć przetwarzać świadomie. Powiedzieć sobie: „Jestem
w momencie wyboru”.
I zamiast uciekać, można choćby usiąść na pięć czy piętnaście minut i spróbować pomyśleć o
tym wyborze jak o czymś, co jest mi dane. Jeśli nie chcę chodzić do pracy, to może to nie jest
tylko problem, ale informacja. Może to zaproszenie do nowego etapu. Może to początek
pytania: czego naprawdę chcę?
Tak samo w relacjach. Jeśli pojawia się ktoś nowy, a uczucia do starego partnera słabną – to nie
musi być tylko dramat. To jest też dowód, że wciąż potrafię czuć. Że coś we mnie chce się
poruszyć. Że życie chce się rozwinąć w nową stronę.
To jest radykalna zmiana w sposobie przeżywania własnych doświadczeń.
Czasem nie trzeba nic odrzucać
Często myślimy, że wybór oznacza przemoc wobec siebie: „muszę coś uciąć”, „muszę coś
wyrzucić”.
A czasem prawda jest inna: wystarczy pozwolić, żeby coś nowego się urodziło – a stare samo
odejdzie.
Nie każda zmiana jest amputacją. Niektóre są naturalnym dojrzewaniem. Jak z drzewem i
owocami: drzewo nie złości się na jabłka, że jeszcze nie są dojrzałe. Spadają dopiero wtedy,
kiedy przychodzi ich czas.
Nowa definicja wyboru
Wybór nie jest problemem.
Wybór jest momentem, w którym:
– świadomość chce się poszerzyć,
– świat otwiera nowe możliwości,
– życie chce przejść na kolejny poziom złożoności.
A my możemy:
– albo to przyspieszyć ze strachu,
– albo przeżyć to z uważnością i szacunkiem.
Co mówi psychologia o wyborach?
To, co przeżywamy jako wewnętrzny chaos, napięcie, wahanie czy poczucie utknięcia między
dwiema drogami, od dawna jest przedmiotem zainteresowania psychologii. I wbrew temu, co
często sami o sobie myślimy, nasza trudność z wybieraniem nie jest ani dziwna, ani wyjątkowa,
ani nie świadczy o jakiejś wewnętrznej wadzie charakteru. Przeciwnie – jest bardzo ludzką
reakcją na sytuację, w której stawką jest zmiana, strata oraz przebudowa własnej tożsamości.
Psychologia pokazuje, że w momencie wyboru uruchamia się w nas nie tylko myślenie
racjonalne, ale przede wszystkim całe zespoły mechanizmów emocjonalnych i obronnych,
których głównym zadaniem nie jest rozwój, lecz ochrona przed bólem, stratą i wewnętrzną
dezorganizacją.
Lęk przed stratą – dlaczego każda decyzja boli
Daniel Kahneman i Amos Tversky, twórcy teorii perspektywy, pokazali w swoich badaniach coś,
co intuicyjnie czujemy wszyscy: ludzka psychika znacznie silniej reaguje na możliwość straty niż
na możliwość zysku. Utrata boli nas bardziej, niż cieszy porównywalny zysk.
To oznacza, że w sytuacji wyboru nasza uwaga niemal automatycznie przesuwa się nie na to,
co możemy zyskać, ale na to, co będziemy musieli poświęcić. A każda prawdziwa decyzja
oznacza stratę: utratę znanej wersji życia, zamknięcie pewnych drzwi za sobą, rezygnację z
jednej z możliwych dróg istnienia.
W tym sensie każdy wybór łączy się z czymś w rodzaju mikro-żałoby – po życiu, które się nie
wydarzy, po wersji mnie, którą mogłabym być. I dopóki tego nie uznamy, dopóty nasza psychika
będzie robiła wszystko, by ten moment odsunąć jak najdalej.
Unikanie decyzji – dlaczego wolimy, żeby „samo się stało”
Psychologia opisuje zjawisko prokrastynacji decyzyjnej – odkładania decyzji nie dlatego, że
brakuje danych, lecz dlatego, że sama konieczność wyboru jest zbyt obciążająca emocjonalnie.
Ale to, o czym mówimy tutaj, sięga jeszcze głębiej niż zwykłe „odkładanie na później”.
Bardzo często ludzie nie podejmują decyzji wprost, lecz zaczynają zachowywać się tak, jakby
chcieli, żeby sytuacja sama się rozpadła. Prowokują konflikty, sabotują relacje, przestają się
starać, „przypadkiem” doprowadzają do zamknięcia jednej z opcji.
Z psychologicznego punktu widzenia jest to próba zdjęcia z siebie ciężaru sprawczości. Bo jeśli
„to się samo stało”, to nie ja wybrałam, nie ja zamknęłam te drzwi i nie ja muszę unieść pełny
ciężar konsekwencji.
Racjonalizacja – jak opowiadamy sobie historię po fakcie
Kiedy już jakaś możliwość zniknie, psychika bardzo szybko uruchamia mechanizm
racjonalizacji. Zaczynamy mówić sobie: „tak musiało być”, „i tak nie było innego wyjścia”, „to
było jedyne możliwe rozwiązanie”.
To chroni spójność naszego świata wewnętrznego. Ale ma swoją cenę: zamyka proces uczenia
się wybierania.
I tak powstaje schemat:
napięcie → ucieczka → „przypadek” → racjonalizacja → ulga → kolejne rozdroże.
Dąbrowski i wybór jako doświadczenie rozwoju
Kazimierz Dąbrowski, wybitny polski psycholog i psychiatra, nadał inną wagę kryzysom i
wewnętrznym konfliktom. Pisał, że stany „nie wiem, kim jestem i co wybrać”, wahania, rozdarcia
czy konflikty wartości nie są patologią – są warunkiem rozwoju osobowości. W tym sensie są
dla nas rodzajem daru, bo rozwój człowieka nie przebiega liniowo. Często wymaga rozpadu
starego „ja”, żeby mogło powstać nowe, bardziej świadome i autentyczne. To nie choroba, lecz
poród nowej struktury osobowości.
To, że przed nami stoi więcej niż jedna dobra, wartościowa droga, nie jest oznaką słabości.
Wręcz przeciwnie – jest znakiem dojrzałości i dowodem, że nasza psychika potrafi pomieścić
więcej niż dotąd sądziliśmy. Każde widzenie więcej niż jednej opcji pokazuje, że możemy
rozwijać się, uczyć się nowych sposobów podejmowania decyzji i godzenia różnych wartości.
W tej perspektywie każdy wybór staje się czymś więcej niż tylko decyzją – jest
doświadczeniem rozwoju, które konfrontuje nas z tym, kim jesteśmy i kim możemy się stać.
Najgłębszym lękiem nie jest sama decyzja, lecz zmiana naszej tożsamości. Każda prawdziwa
decyzja zmienia opowieść o nas samych – jak postrzegamy siebie, jak o sobie myślimy i jak
widzi nas świat. I właśnie dlatego czasem bardziej boimy się wyboru niż samego cierpienia.
Autor: psycholog, psychoterapeuta – Monika Wiech

bottom of page